Atlantyda

Atomowy, supernowy
odrzutowiec, poduszkowiec
fale toczy.
Na pokładzie, w defiladzie,
opętani, sami znani
płyną na nim.
Tu laguna śmiesz ogólna
jak nie zginąć, jak nie zniknąć
na koralach.
Atol groźny, wicher groźny,
niewesoło, nie przeskoczysz
stopą gołą.

Hej Atlantydo,
hej wyspo wspaniałości.
Gdzie szukać cię ideo,
gdzie złożyć swoje kości.
W zapale wilków morskich,
płyniemy razem z tobą.
Do tamtej wody piasku,
do nierealnych zdrojów twoich.

W słońcu

Jastrzębi śledząc lot  a e
Jezioro ciszę wdycha.  G F G a
Zwiesza się poza płot   a e
Zmarniała rozwalicha   G F G a

Po drodze niecąc kurz
Na trawy i na chwasty.
Słońcem pocięty wzdłuż
Upada cień pasiasty.

W kałuży śladem kół   F G E a
Porysowanej w żłoby   F G E a
Lśni obraz: brzozy pół   F G E a
I gęsi rdzawe dzioby.   F G a

Trzeba mi grodzić sad,
Trzeba mi zboże młócić.
Przyszedłem na ten świat
I nie chcę go porzucić.

sł. Bolesław Leśmian
muz. Zbigniew Stefański, Jarosław Chrząstek

Co jest wielkie a co małe

Co jest wielkie a co małe
Czego szukać w tej pogoni
Kiedy wszystko zmienia swoje twarze
A ci źli to zawsze oni
Kręcę wciąż w tę samą stronę
Światy mijam utajone
I wciąż nie wiem co jest tutaj prawdą
A co tylko jest myślane
Bo są niebezpieczne chwile
Gdy widnokrąg w punkt się zmienia
Gwiazdy milkną ktoś gasi ich spojrzenie
I jest zaś lecz bez imienia

sł. Bolesław Leśmian
muz. Zbigniew Stefański, Jarosław Chrząstek

Brzózka

Widziałem ja brzózkę
Złamaną na pół
Jej młode gałązki
Do ziemi wiatr zgiął

Tak stała złamana
Aż zbrakło jej sił
Bo promyk słoneczka
Za chmurę się skrył

Widziałem motyla
Co bujał wśród drzew
Ze skrzydeł zranionych
Perliła się krew

Chciał latać, lecz nie mógł
Bo zbrakło mu sił
I promyk słoneczka
Za chmurę się skrył

Widziałem jelenia
Co dopadł go strzał
I z nóżką złamaną
uciekać chciał w dal

Chciał walczyć lecz nie mógł
Bo zbrakło mu sił
Bo promyk słoneczka
Za chmurę się skrył

Tak każdy w swym życiu
Słoneczko swoje ma
I dotąd żyje
Dopóki słonko trwa.

Bo gdy słonko zgaśnie
To nie chce się żyć
Bo życie bez słonka

Pastorałka

Wśród nocy przepastnej głębinie,
w pustkowiu samotni zdrętwiali,
ludzie głodni i biedni,
czekali.
Krąg srebrny na drogę wypełza,
pyl lśniący wśród czerni migota,
w blaskach nadchodzącej nocy,
czekają nowego żywota.

Maria natchniona czystością,
krzyk dusi, ból skrywa przejęta,
Józef w niemocy błagalnej,
nerwowo głaszcze zaspane bydlęta.

Tak w ciszy wśród cierni cierpienia,
czekając na fakt przeznaczony,
pot zrasza i lice i czoła,
wezwanie echem wola.

Wśród łez narodził sie malutki
i cichy jak mgieł pajęczyny,
chciał krzyknąć, że jest mu zimno,
w stajence nie było pierzyny.

A matka zmęczona
 unosi skarb, który zrodziła w mozole.
Chce unieść swe niepokalanie
a w kolo wciąż słowa kole

Wygnana zrodziła zbawienie,
tak wielkie w maleńkiej stajence,
cieszy sie skarbem matczynym,
ogrzewa skostniale nim ręce.

nikt jeszcze go nie rozumie,
nie żąda odeń męki
a żłobek wysłany sianem
 nie jest dla Boga zbyt miękki.

Łez potok obmywa klepisko,
szczęśliwe Józefa są oczy,
a on sam dumny i zawstydzony,
wśród stadka owieczek kroczy.

Zdziwione i nieme tajemnie,
gwiazd oczy ujrzały promienie,
największa zaświeciła tak pięknie,
mrok niszcząc, ciemności cienie.

Niewiadom zapłakał zdziwiony,
człowieczek maleńki wśród ludzi,
niepomny na matki pieszczoty,
nie wiedział ze świat obudził.

Przysłany ,by cierpieć maleńki,
Przez wielkość oddany w ofierze
i umarł za wszystkich sam jeden
dlatego kocham…

Zielona nadzieja

W zieloną nadzieję ubrani,
w różowych okularach.
Weseli, uśmiechnięci
gubią czas swój bez pamięci.

Bo cóż z tego, że czas ucieka,
kiedy ciągle coś nowego na nas czeka,
gdy kres drogi skrywa jasność Słońca?
Szukaj szansy,
życie da nam iść bez końca!

Zobaczcie wciąż idą przed siebie,
z plecakiem marzenia.
Młodością natchnieni i silni,
nie chcą szukać zapomnienia.

Bo cóż z tego, że czas ucieka,
kiedy ciągle coś nowego na nas czeka,
gdy kres drogi skrywa jasność Słońca?
Szukaj szansy,
życie da nam iść bez końca!

Człowieczek

W cieniu motyli w cudzej świecy blasku a
Pustą ulicą idzie człowiek mały E a
Kieszenie pełne rzeczy niepotrzebnych F
Kroczy powoli dziecko dzieci biednych G
Dumne i pewne swych podartych butów F
Ciągle przed siebie z dziurą na kolanach G

Idzie i idzie C G a
Nidy nie przestanie

Obok nocy jadą białe limuzyny
Świat bogaty się kręci do głowy kołacze
On na nic nie patrzy, ciągnie swój wózeczek
Pełen kwiatów, on nigdy nie płacze
Aż doszedł człowiek mały w świat  potężnych ludzi
Puka cicho serduszko ze snu kwiaty budzi
Krok jeden mu brakuje, lecz wózeczek skręca
A, aaa…

Tej, która do mnie

Tej która miły do mnie powiedziała,
tej której oczy jeszcze od łez mokre
prosiły mnie błagały i kochały,
ja tej kobiecie szczęścia nie przyniosę.

A jednak jednak wciąż na świecie żyję
i marzy mi się że z wiosną daleką
poranna rosa znów mnie gdzieś upije
i dym ogniska nadleśną przesieką.

Kogoś ochrania skóra,
kogoś jutro miłe,
jednych chroni kultura,
drugich dobry posiłek.
Ciebie ratuje pomada
Jego ratuje robota.
Mnie nie ratujcie,
nie trzeba,
jakoś nie mam ochoty.

Tej która miły do mnie powiedziała,
tej której oczy jeszcze od łez mokre
prosiły mnie błagały i kochały,
ja tej kobiecie szczęścia nie przyniosłem.

A jednak jednak wciąż na świecie żyję
i marzy mi się że z wiosną daleką
poranna rosa znów mnie gdzieś upije
i dym ogniska nadleśną przesieką.

sł. Jan Stefański