Malarz

Raz w Kazimierzu spotkałam malarza,
starszego pana z bruzdami na twarzy.
Chciał sprzedać pejzaż, tak wiernie oddany,
że tylko patrzeć i marzyć.

Więc pomyślałam- poproszę staruszka,
niech namaluje, przecież jest artystą.
Coś dla mnie, co mi w duszy radość utka.
I powiedziałam malarzowi wszystko.

Ref. Panie malarzu, namaluj mi obraz,
rzekę i dom, taki nieduży.
Za domem sad, albo ogród z malwami,
w którym odpocznę, gdy wrócę z podróży.
Na płocie garnki gliną pachnące,
i na podwórzu szczeniaki ze dwa.
A tłem niech będzie wschodzące słońce,
a w jego blasku On i ja.

Malarz posłuchał i odrzekł z uśmiechem-
oddać ci mogę jeno pędzle z farbami.
Choćbym się starał, chyba nie zdołam,
bo życie sobie malujemy sami.

Nie zrozumiałam tej prawdy od razu,
i pomyślałam- co to za artysta?
I tak wróciłam do domu, bez obrazu.
A dzisiaj wiem, że to prawda oczywista.

Ref. Panie malarzu, maluję obraz sama,
rzekę i dom, taki nieduży.
Za domem wielki ogród z malwami,
tam odpoczywa, gdy wracam z podróży.
Na płocie garnki gliną pachnące,
i na podwórzu szczeniaki są dwa.
A tłem jest co dzień wschodzące słońce,
a w jego blasku…

Bossa nova z parasolem

Blade słońce zachłysnęło się deszczem nad ranem
Obrażone na brata za chmura skryło twarz
Jak w knajpie gość pod ścianą, miasto już zalane
Przemoknięci ludzie mierzą deszczem czas

Parasol to ratunek przed deszczem
Parasol znaczy dla nas coś jeszcze

Ref:
On jak dobry ojciec w niespokojny czas
Przygarnia nas i chroni nas.
My bez niego jak bez cukru herbata
Jak cztery pory roku, roku bez lata
Poprzecierany nasz przyjaciel stary
Nieodłączny towarzysz gitary.

Lato z deszczem lub słońce, w jednej parze chodzi
Żar oblewa mokre ciała opalone od łez.
Ale z parasolem nic Ci już nie grozi
Zanim wyjdziesz z domu sprawdź czy jest z tobą.

Parasol to ratunek przed słońcem
Zwłaszcza w urodzaj, a dni zbyt gorące

Ref:
On jak dobry ojciec w niespokojny czas…

Budzik

W pól do piątej w mieście cisza
Kot na rynku się marcuje
Po poduszkach krochmalonych
Sen spokojny spaceruje
Sąsiad chrapie tuż za ścianą
Pewnie zapił wczoraj zdrowo
Przyjdzie walczyć mu niedługo
Z obolałą tęgo głową

Ref.
Aż tu budzik nic gorszego
Kiedy rano daje znać
Masz ochotę zakląć brzydko
Nie pomaga nawet
Kapciem celny strzał
Ten kto go wymyślił
Chyba z głową coś miał

W pól do piątej w mieście cisza
Pijak w bramie pomrukuje
Na witrynach kolorowych
Deszcz melodię wystukuje
Piekarz chleby zgrabne gniecie
Chałki z dżemem zaś cukiernik
Wkrótce z domów sen wymiecie
Obrzydliwy czasu miernik

Ref.
Aż tu budzik nic gorszego…

To nie tak

To nie miało tak wyglądać, to nie tak.
Nikt z nas drogi nie planował takiej krętej.
Zresztą, na co droga temu, kto jak ptak
ma przed sobą horyzonty nie zamknięte?

Dobre wiatry, niezmącone niczym sny,
zdrowe skrzydła, a pod nimi łany zboża.
Przecież tacy byliśmy kiedyś my,
ale zdarza się, że ptak wpada do morza.

Pogrążeni dzisiaj w nurtach własnych spraw,
wynurzamy głowy, by płucom dogodzić.
I wracamy, do bezbarwnych, szarych raf,
prosząc słońce, by zechciało tam dochodzić.

Prosząc słońce, by zechciało użyć sił,
co pozwolą czasem skrzydła nam osuszyć.
Wrócić wiarę, że brzmi gorzej „miał”, niż „był”,
i w wędrówkę znanym kluczem znów wyruszyć.

Dokąd

W pogoni zapomniał już człowiek, do czego właściwie tak gna.
I, czemu maraton ten służy, czy oprócz zadyszki coś da?
Na sny spokojne nie pora, bo sny spokojne nie w modzie.
Dni, jak przez kalkę pisane, start o wschodzie, meta o zachodzie.

Czas najwyższy zatrzymać się, zrobić w sobie miejsce dla siebie.
Wreszcie przeżyć choć jeden dzień, potem wyśnić spokojny sen.

Ambitnie, po szczeblach do góry, choć nogi ślizgają się, to
wchodzimy szepcząc modlitwy – “…byleby nie spaść na dno!”.
A jeśli spaść się przydarzy, powieje zbyt mocny wiatr,
dopiero wtedy rozważysz, ile czmychnęło zmarnowanych lat.