Smugą białej piany

Smugą białej piany…
Włodzimierz Wysocki

Smugą białej piany
znacząc oceany,
od portu do portu przemierzały świat,
huraganem gnane,
sztormem wysmagane
dwie dumne jednostki, piękne statki dwa.

Ona – śnieżnobiała,
smukła i wspaniała,
zachwycała swoim widokiem,
on – oceaniczny,
arystokratyczny,
czarne burty nosił jak smoking.

I gdybyż kiedyś przeszło mu przez myśl,
jak bardzo pragnie paść w jego ramiona,
jak bardzo chce z nim burta w burtę iść
fregata zakochana i stęskniona!

Pływa nieszczęśliwa,
miłość swą ukrywa,
tylko mewom zwierza się z marzeń,
że w cichej przystani
obok niego stanie
i na zawsz e będą już razem.

Ach, gdybyż się domyślił dumny lord,
jak goni go fregata zrozpaczona,
jak szuka portu, gdzie zawijał on,
i płacze, znów o jeden dzień spóźniona!

Wiecznie żyć nie można,
burty żre korozja,
spustoszenia czyni słony morski wiatr,
rdzewie ją maszyny
w krwawych plamach minii,
na smokingu czarnym coraz wiecei łat…

Wśród morskiego złomu
stoi opuszczony
i wspomina przeszł ość swą świetną,
w bezsilnej rozpaczy
czeka na spawaczy,
c o stalowe serce mu przetną.

Lecz oto ona błyska bielą burt –
znalazła go, i wiernie staje obok,
do jego dziobu swój przytula dziób,
i cumy ich splatają się ze sobą…

Przełożył: Michał B. Jagiełło

Moskwa Odessa

Moskwa Odessa
Włodzimierz Wysocki

Raz który lecę z Moskwy do Odessy
i znowu, psiakrew, odwołują lot,
wynika to ze słów jej wysokości stewardessy
majestatycznej jak Aerofłot.

Kolejny komunikat zabrzmiał znów,
że nad Murmańskiem wyż i niebo szczere,
przyjmuje Kijów, Kiszyniów i Lwów,
a ja tam nie chcę, mnie tam po cholerę?

Radzili mi – pod inne leć adresy
i nie licz bracie, że się stanie cud
i co też ci odbiło? Komunikat był z Odessy,
że mgła i na startowych pasach lód.

A w Leningradzie pełna odwilż już,
no a na przykład w takim Tbilisi
ląduje się wśród pól kwitnących róż,
a ja tam nie chcę, mnie ten adres wisi!

Już słyszę – do Rostowa odlatują,
a ja tak pragnę być w Odessie mej,
mnie ciągnie właśnie tam, gdzie od trzech dni już nie przyjmują,
mnie korci taki zakazany rejs!

Ja muszę, gdzie zawała śnieżna fest,
gdzie zaspy i ogólnie ciężki teren,
gdzie indziej jasno i przytulnie jest,
a ja tam nie chcę, mnie tam po cholerę?

Stąd mnie nie wypuszczają, tam znowu nie wpuszczają,
przygnębia mnie mieszanych uczuć splot,
uśmiechy stewardessy coraz mniej mnie pocieszają,
majestatycznej jak Aerofłot!

Przyjmuje ziemi mej najdalszy kąt,
gdzie jak polecę jeszcze mi dopłacą,
przyjmuje Wastok, czort nie port
i Paryż, a ja nie chcę, mnie tam na co?

Ja wierzę, rozpogodzi się, silniki znów zagrają,
już słyszę ja i serce w gardle mam,
znów siedzę jak na szpilkach, a nuż znowu odwołają,
znów znajdą mnóstwo przyczyn, ja ich znam!

Ja muszę jak najszybciej być tam,
gdzie mróz siarczysty hula po kolędzie,
przyjmuje Londyn, Delhi, Magadan,
pryzmują wszędzie, a ja nie chcę wszędzie!

Daremnie gaszę smutek, co w serce mi się wessał,
w to serce, co powinno bić jak młot,
od rana rejs odkłada stewardessa – miss Odessa,
majestatyczna jak Aerofłot…

A pasażerom nawet nie drgnie brew,
pokornie na walizkach spać próbują,
dojada mi to wszystko, ech! psiakrew,
mam tego dość i lecę, gdzie przyjmują…

Przełożył: Wojciech Młynarski

Łaźnia na biało

Łaźnia na biało
Włodzimierz Wysocki

Rozpal piec i nie żałuj ogniowi drew,
niech z kamieni rozejdzie się żar,
niechaj para wytopi mój żal i gniew,
i ten mróz, który w ciało się wżarł.

Powspominam po prostu minione dni,
zimnej wody zaczerpnę na dłoń
i tatuaż z lat kultu jednostki mi
tu, na piersi, nabiegnie znów krwią.

Ile łagrów i kopalń poznałem tam,
ile lasu tam padło, i nas…
Popatrz – profil Stalina pod sercem mam,
a tu, z prawej – Marinka en face.

Rozpal piec, jeszcze więcej kamieni wnieś,
niech gorącym owioną mnie tchem,
może wtedy przez gardło mi zdoła przejść,
co widziałem, przeżyłem i wiem…

Za niewinność, za wiarę w ten cały raj
rajskie życie zgotował mi sąd;
tajgę, tundrę i step po najdalszy skraj
przemierzyłem wśród śniegów i błot.

Przyszli rankiem dlaczego, czort jeden wie.
Próżno matka błagała, i brat
i powieźli z Syberii na Sybir mnie
okrągłych dwadzieścia pięć lat.

Rozpal piec, jeszcze więcej kamieni wnieś,
niech gorącym owioną mnie tchem,
może wtedy przez gardło mi zdoła przejść,
co widziałem, przeżyłem i wiem…

Potem w smrodzie baraków niejedną noc
w skórę znaną wkłuwaliśmy twarz,
tuż przy sercach, by słyszał ich gniewny głos –
że wciąż biją, że jeszcze są w nas.

Zostaw piec, bo gorąco wyciska łzy,
nie polewaj kamieni – już dość,
rozkrochmale się w cieple za bardzo i
niepotrzebnie opowiem ci coś…

Rozpal piec, jeszcze więcej kamieni wnieś,
niech gorącym owioną mnie tchem,
może wtedy przez gardło mi zdoła przejść,
co widziałem, przeżyłem i wiem…

Od tych wspomnień na nowo ogarnia lęk,
myśl się tłucze o czaszkę jak ćma –
niech więc para gorąca spowije mnie
i wypali koszmary do cna.

Tylko z NIM mnie do śmierci połączył los,
tatuażu nie zmyje już nic,
ot, miotełką brzozową w znajomy wąs
mogę sobie najwyżej go bić…

Rozpal piec, jeszcze więcej kamieni wnieś,
niech gorącym owioną mnie tchem,
może wtedy przez gardło mi zdoła przejść,
co widziałem, przeżyłem i wiem…

Przełożył Michał B. Jagiełło

Rajskie jabłka

Rajskie jabłka
Włodzimierz Wysocki

Kiedyś umrę… No cóż, wszyscy wiemy, że śmierć nie wybiera,
Gdyby otruł mnie ktoś, kielich z jadem, bym wypił do dna,
Bo zabitych nam żal, no i Bóg ich do raju zabiera.
Żywy ciężki ma los, a o martwych od wieków się dba.

Ból wykrzywi mi twarz, tracąc siły, na ziemię upadnę,
Dusza pomknie gdzieś w dal i w przestworza poniesie ją koń,
Gdy otworzy się raj, kilka jabłek z ogrodu ukradnę…
Ale tam stoi straż. I bezbłędnie celuje wprost w skroń.

Już zatrzymał się koń, ale wątpię, bym znalazł się w raju,
Wokół pustka i piach, nie wiem, po co mój koń mnie tu wiódł,
Ale nagle mój wzrok padł na bramę żelazną w oddali
I klęczący tam tłum, czekający na kogoś u wrót.

Głośno parsknął mój koń, potem znów, jakby w przepaść miał runąć,
Lecz choć parskał i rżał, w naszą stronę nie zwrócił się nikt.
Siwy starzec zza wrót chciał ogromną zasuwę odsunąć,
Ale brakło mu sił, machnął ręką i z oczu nam znikł.

I nie wzburzył się lud, nikt nie krzyknął, nikt słowa nie wyrzekł,
Tylko z przodu ktoś wstał, jakby lepiej zobaczyć coś chciał.
Zrozumiałem, gdy sam rajskiej bramie przyjrzałem się bliżej:
Za ta bramą był sad pełen jabłek. I krzyż w sadzie stał.

Siwy starzec zza wrót uniósł dłoń, a więc znak został dany.
To był sam święty Piotr! Sam apostoł ku górze wzniósł dłoń!
I ukazał się sad – rajski ogród jabłkami usłany,
Ale tam stała straż, celująca bezbłędnie wprost w skroń.

Każdy wiele ma próśb, ale ja wcale wiele nie pragnę:
Przyjaciela chcę mieć… Rajskich jabłek odurza mnie woń…
Wierną żonę chcę mieć – właśnie dla niej tych jabłek ukradnę,
Ale wciąż czuwa straż i bezbłędnie celuje wprost w skroń.

Siwy starzec zza wrót coś po cichu nakazał strażnikom,
Ktoś z nich podał mu klucz i do bramy zbliżyli się znów.
Szarpnął kraty sam Piotr, zardzewiały gwóźdź z zamka mu wypadł.
Gdy otworem stał raj, tłum przed siebie się rzucił bez słów.

W piersi brakło mi tchu, stałem z tyłu zupełnie bezradny.
Pomyślałem: ?No cóż… Skoro tutaj mnie przywiózł mój koń,
Skoro jestem tu już, no to trochę tych jabłek ukradnę…?
Lecz dostrzegła mnie straż. I bezbłędnie trafiła mnie w skroń.

I zaświstał mój bat, bezlitośnie nim konia smagałem.
Wiozę jabłka. I wiem: to nieważne, że garść, a nie wóz.
Właśnie tobie je dam, bo ty jedna wciąż na mnie czekałaś,
Nawet wtedy, gdy koń, galopując, do raju mnie wiózł.

Przełożyła: Marlena Zimna

Agent 007

Agent 007
Włodzimierz Wysocki

Znękany swoją sławą niesłychaną,
w tych całych ichnich Zjednoczonych Stanach,
w ideologii wstrętnej nam i złej
żył Hollywoodu gwiazdor numer jeden,
tak zwany agent 007,
czyli James Bond, szpieg FBI i CIA.

Był to artysta wielki,
dosłownie gwiazda gwiazd,
a w kinach wielbicielki
wręcz popadały w trans,
królował na ekranie –
nadczłowiek, superman,
Marcello Mastroiani nie
sięgał mu do pięt!

Na ogół jednak siedział w swojej willi
i trząsł się, by go nie przyuważyli,
bo nieraz tłumy zachwyconych bab
dopadłszy Jamesa Bonda w jakimś kącie
ubranie darły w strzępy na tym Bondzie
i zabierały jak najdroższy skarb.

Tak żył Bond incognito,
a kiedy kręcił film,
przygody rozmaite
przeżywał w filmie tym,
to chował się w hot-dogu,
to tajne plany kradł,
to niezliczonych wrogów
z lasera trupem kładł.

I tegoż to artystę, Jamesa Bonda,
ściągnęli towarzysze z Gosfilmfondu
do filmu w koprodukcji z USA;
w obawie zaś przed tłumem na lotnisku
artysta schował ciuchy do walizki
i goły zszedł z pokładu TU-102.

W New Yorku kinomani
żegnali go wśród łez,
podarli sweter na nim,
bieliznę zresztą też,
ktoś mu zegarek gwizdnął,
ktoś wyrwał złoty ząb –
tlak żegnał się z ojczyzną
jej idol, mister Bond.

I oto u nas na Szeriemietiewie
Iąduje agent 007,
Rozgląda się ostrożnie tam i tu –
nikt go nie wita, nikt go nie spotyka,
wiec celnikowi zdjęcie swoje wtyka
i mówi grzecznie: ?Oh, how do you do?”

Co prawda na lotnisku
czekali ludzie, lecz
witali biathlonistę,
co wygrał ważny mecz,
nasz człowiek, medalista,
w dodatku chłop na schwał –
na jego widok wszyscy
wpadali w istny szał.

Zadowolony, że go nie poznali,
ukradkiem dotarł Bond do ?Nationalu”,
tam go pytają kto on jest i skąd,
a portier widząc Bonda postać chudą
nazywa go łachmytą i łachudrą,
po czym wyrzuca supermana won.

Widząc, że rady nie da,
Bond przed portierem w płacz:
?Ja agent! Zero siedem!
Chcieć pokój very much!”
…Chcesz pan międzymiastową?
To z poczty se pan dzwoń!
Przy słowach tych nerwowo
załamał się James Bond.

Na szczęście właśnie w tej krytycznej chwili
filmowcy z Gosfilmfondu się zjawili
i mógł odetchnąć z ulgą drogi gość,
sprzątaczka zaś mruknęła: – Ale kino,
tyle zachodu z jakimś agenciną!
Ten Murzyn spod trzynastki, to jest ktoś!

Przełożył: Michał B. Jagiełło

Kumple skok mi nadali

Kumple skok mi nadali…
Włodzimierz Wysocki

Kumple skok mi nadali, dom w dzielnicy willowej,
ciemno choć w mordę bij, można walić jak w dym,
jedna noc i gotowe, sam się nieźle obłowię
i chłopakom odpalę jakąś dolę za cynk.

Nie, nie pójdę tam kraść, w nocy ludzie chcą spać,
by na czas rano wstać do roboty,
trzeba spokój im dać, ja naprawdę, psiamać,
snu zakłócać im nie mam ochoty!

Powiedzieli mi wszystko, że tam mieszka artystka,
ma brylanty jak łapcie, kupę złota i szmal,
wleziesz oknem, bo nisko, zgarniesz towar i pryskasz,
barachło opylamy i prujemy na bal!

Nie, nie pójdę tam kraść, w nocy ludzie chcą spać,
by na czas rano wstać do roboty,
trzeba spokój im dać, ja naprawdę, psiamać,
snu zakłócać im nie mam ochoty!

Przekonywał mnie Miszka, że to dziana artystka,
chrzanił: u nas artysta zawsze bidny jak mysz,
ale Miszka, cwaniaczek, mówił: Baba ma daczę,
jak zobaczysz tę daczę, to pomyślisz, że śnisz!

Trudno, pójdę tam kraść, choć artystka chce spać,
by na czas rano wstać do roboty,
trudno, nie dam jej spać, choć naprawdę, psiamać,
nie mam na to specjalnej ochoty.

Powiedziałem chłopakom, że to lipa z tą chatą,
świecidełka fałszywe, reszta – szmaty i chłam,
a ta cała artystka lat ma chyba ze trzysta,
nie daruję skubańcom, że posłali mnie tam!

W nocy głupio jest kraść, w nocy ludzie chcą spać,
by na czas rano wstać do roboty,
trudno, nie dam jej spać, choć naprawdę, psiamać,
nie mam na to specjalnej ochoty.

Przełożył: Michał B. Jagiełło

W Restauracji

W Restauracji
Włodzimierz Wysocki

W restauracji po kątach plakaty tu i tam,
Tania wódka i piwo za grosze.
A pod ścianą kapitan siedział całkiem sam
?Czy można??, spytałem. ?A proszę!?

?Zapalisz?? ?Dziękuję, nie palę rok już.?
?No to wypij, dajcie szklankę tu jedną!
Dopóki nie przyniosą, pij z mojej! No cóż,
Twoje zdrowie!? ?Zdrów będę na pewno.?

?No dobra? rzekł mi, a w czubie już miał
?Wódkę pić potrafisz, w to wierzę,
A czyś widział już z bliska artylerii strzał,
A czy biegłeś już w ogień moździerzy?

Ja byłem pod Kurskiem z Niemcami się bić,
W tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim,
Byście mogli spokojnie sobie dzisiaj żyć,
Wy, i wasze żony, i dzieci!?

O ojca mnie spytał, gdy tak klął i pił,
I krzyczał, błędny wzrok wlepiając w szklankę
?Ile z życia straciłem i ile krwi z żył,
Byś tu miał, draniu jeden, sielankę!

Ja karabin ci dam i pójdziesz precz w bój,
Zamiast chlać ze mną tu z jednej flaszki!?
Aż czułem nad sobą śmiertelnych kul rój
I na niebie wybuchów rozblaski.

W końcu całkiem się spił, a ja razem z nim,
Aż się wreszcie uniosłem honorem.
?Kapitanie!?, krzyknąłem, ?Tyle powiem ci,
Że ty nigdy nie będziesz majorem!?

Przełożył: Bartłomiej Wzdęga

Polowanie z Helikopterów

Polowanie z Helikopterów
Włodzimierz Wysocki

Brzytwą światła na skos po źrenicach ciął brzask
i jak drzwi w szczęku strzelb zatrzaskiwał się las,
strzelcy byli tuż tuż, echo niosło ich zgiełk,
potem ważki ogromne zawisły wśród mgieł –
seria kul świeży śnieg rozorała jak kieł.
Łoskot w ziemię nas wgniótł, wstrzymaliśmy dech,
nawet ten, nawet ten, co najlepszy miał węch,
basior szybszy niż wiatr i sprytniejszy niż lis,
ten co prosto w nagonkę nie wahał się iść –
nawet on dziś się bał i dygotał jak liść.
Nie uśmiecha się życie do wilków, to my
wilczym chwytem trzymamy się życia –
za to śmierć szczerzy do nas w uśmiechu swe kły,
śmierć to młoda, okrutna wilczyca.
Nie będziemy żałować pazurów i paszcz,
drogo skórę wrogowi sprzedamy!
Lecz na śniegu posoką wyrok pisze się nasz:
Nie jesteśmy już więcej wilkami!

Żłobiąc śnieg próbowaliśmy umknąć gdzieś w bok,
w blade niebo zdumiony wbijaliśmy wzrok –
może Bogu w tym dniu pomyliło się coś,
czemu wali się świat, za co karze nas los?
Wielkie ważki znad drzew biły ogniem na wprost…
Ołowiany siekł deszcz i spływaliśmy krwią,
w ślepia śmiała się śmierć, powlekając je mgłą,
przerażenie na karkach jeżyło nam sierść –
to nie Bóg, tylko człowiek urządził tę rzeź,
i rozdawał, co miał – temu w grzbiet, temu w pierś…
Chodźcie, psy! W równej walce jesteście bez szans,
smycz wam pole wolności wyznacza!
Wilk to wilk! Chodźcie zmierzyć się jeszcze ten raz,
wyście psy, to i śmierć wam sobacza!
Nie będziemy żałować pazurów i paszcz,
ale wróg gdzieś wysoko nad nami,
i na śniegu posoką wyrok pisze się nasz –
nie jesteśmy już więcej wilkami!

Naprzód! Pędem przez rzekę i szybko na brzeg,
naprzód, wilki! Jedyny ratunek to bieg!
Osłaniajcie szczenięta i za mną, do drzew!
Lawiruję wśród kul, w gardle pieni się krew,
nie odzywa się nikt na żałosny mój zew…
Ten i ów śmignął w ostęp i zdążył się skryć,
jestem sam, całkiem sam, i nie zrobię już nic –
łapy nie chcą mnie nieść, w płucach tchu coraz mniej –
gdzieście, wilki, niedawni królowie tych kniej?
Do mnie, bracia! W gromadzie umiera się lżej!
Żyję, wiem. Już zza krat przygląda się mi:
Patrzcie, wilk! Triumfalnie skowyczą,
to są psy, nasi krewni dalecy, te psy,
które wilczą bywały zdobyczą…
Co dzień staję przed nimi pyskiem w pysk, twarzą w twarz,
bezzębnymi ich straszę szczękami,
lecz na śniegu już wyrok dopisał się nasz:
Nie jesteśmy już więcej wilkami!
Nie jesteśmy już więcej wilkami!
Nie jesteśmy już więcej wilkami!

Przełożył: Michał B. Jagiełło