Historia choroby

Historia choroby
Włodzimierz Wysocki


Ja byłem zdrowy, zdrów jak byk
Nawet jak byki dwa.
Starczało zdrowia, żeby żyć,
Czasem – po mordzie dać.

Codziennie możesz śpiewać, grać
I nagle – blady strach,
I nagle – krzyk: ?Pod nóż go kłaść!?
I koniec – niech to szlag…

Rzekł lekarz: „Nie smuć się” –
(Tak się uprzejmy zrobił) –
?Kraju wszak historia jest
Historią choroby?

I wtem ogarniać zaczął mrok
Rzędy lekarskich lic,
Krzyczących: ?Zrobić pierwszy krok!
Najpierw gorączkę zbić!?

Poczułem w sobie przypływ sił,
Co chciał mnie naprzód pchnąć.
Lekarz na miejscu jednak był,
By swe przyrządy wziąć.

Przez gardło – krew i starczy jej,
By kraj zatapiać wolno.
Aż nagle mnie złapali trzej
?Szybko! Anestezjolog!?

Spieszą się, każdy biegnie z czymś,
Na szyję kładą lód.
Wypływa ze mnie krwisty płyn –
Daremny jest ich trud.

To może jest ostatni z dni
I na nic moja złość.
?W zasychającej twojej krwi
Ugrzęźnie przecież ktoś!?

Ja mógłbym tu, lekarzom wbrew,
Zakrwawić całą ziemię!
Ale podstawić coś na krew
Zdążyli. Po co? – Nie wiem…

Oddala się mój własny krzyk,
Już nie poznaję sióstr –
To słodki gaz, jak wódki łyk,
Mój strach na chwilę zniósł.

Łagodny mrok i salę skrył,
I zastęp siwych głów,
Że umysłowo – dowód był –
(O dziwo) jestem zdrów!

I znowu szarpię się i drżę,
Igieł wciąż we mnie mało.
Podają przez nie świeżą krew,
By trochę choć zostało.

Chodź, chirurg, zanim uśpią mnie,
Na moment się tu schyl.
Powiedzieć coś ważnego chcę,
Nie będę się z tym krył.

Krójcie do woli, ilu was,
Każdy swój skalpel ma,
Nie o was pisze cały czas –
Lekarzy pełen świat!..

Padłem na kraju bytu,
Otchłań – w połowie drogi.
Historia mego życia –
Historia choroby!

I pierwszy człowiek boleść skryć
Próbował albo strach,
A i Bóg Stwórca musiał być
Chory, gdy tworzył świat!

I cała ludzkość cierpi wciąż,
Choroby, kule, trwogi,
Więc przecież jej historia to
Historia choroby.

Tak chory żyje – szybko, źle,
Niezdolny, by coś zrobić,
Własną upaja wiecznie się
Historią choroby!

Przełożyła: Ewa Sobczak

O Szpitalu

O Szpitalu
Włodzimierz Wysocki


Żyłem sobie jak w Madrycie,
na Arbacie, razem z mamą,
teraz leżę tu na pryczy,
obandażowany cały.

Co nam sława, co nam Kława
(siostra nasza)? – dobry śnie!
Umarł sąsiad ten mój z prawej,
a ten z lewej… jeszcze nie.

No i kiedyś ten po lewej –
zaszkodziło mu czy jak? –
mówi do mnie: hej, kolego,
ale nogi to ci brak!

Jakże to? Nieprawda, ludzie,
toż on kłamie! Głupi żart.
Obetniemy tylko palce. –
doktor mi powiedział tak.

Ale potem ten po lewej
wciąż się śmiał i drwił za dwóch.
Nawet jeśli przez sen bredził,
też o nodze coś tam plótł.

Szydził ze mnie: Oj, nie wstaniesz,
no i z żoną… szkoda słów!
Gdybyś tylko tak, kolego,
z boku się zobaczyć mógł!

Żebym ja kaleką nie był,
żebym z wyra mógł się zwlec,
ja bym temu tam po lewej
gardło przegryzł w biały dzień!

Chcę uprosić siostrę Kławę,
koc żeby odkryła mi.
Byłby mi powiedział prawdę
sąsiad z prawej…, gdyby żył.

Przełożył: Paweł Orkisz

Nie Lubię

Nie Lubię
Włodzimierz Wysocki

Nie lubię gdy mi mówią po imieniu
Gdy w zdaniu jest co drugie słowo – brat
Nie lubię gdy mnie klepią po ramieniu
Z uśmiechem wykrzykując – kopę lat!

Nie lubię gdy czytają moje listy
Przez ramię odczytując treść ich kart
Nie lubię tych co myślą że na wszystko
Najlepszy jest cios w pochylony kark

Nie znoszę gdy do czegoś ktoś mnie zmusza
Nie znoszę gdy na litość brać mnie chce
Nie znoszę gdy z butami lezą w duszę
Tym bardziej gdy mi napluć w nią starają się

Nie znoszę much co żywią się krwią świeżą
Nie znoszę psów co szarpią mięsa strzęp
Nie znoszę tych co tępo w siebie wierzą
Gdy nawet już ich dławi własny Pęd!

Nie cierpię poczucia bezradności
Z jakim zaszczute zwierze patrzy w lufy strzelb
Nie cierpię zbiegów złych okoliczności
Co pojawiają się gdy ktoś osiąga cel

Nie cierpię wiec niewyjaśnionych przyczyn
Nie cierpię niepowetowanych strat
Nie cierpię liczyć niespełnionych życzeń
Nim mi ostatnie uprzejmy spełni kat

Ja nienawidzę gdy przerwie mi rozmowę
W słuchawce suchy metaliczny szczęk
Ja nienawidzę strzałów w tył głowy
Do salw w powietrzu czuje tylko wstręt

Ja nienawidzę siebie kiedy tchórze
Gdy wytłumaczeń dla łajdactw szukam swych
Kiedy uśmiecham się do tych którym służę
choć z całej duszy nienawidzę ich!

Przełożył: Jacek Kaczmarski

Gimnastyka poranna

Gimnastyka poranna
Włodzimierz Wysocki

Szykujemy ekspandery,
wdech i wydech, trzy i cztery,
Dziarskość ciała, gracja, gestów plastyka
Pompująca krew do żył,
dodająca rankiem sił
jeśli w ogóle je masz Gimnastyka!

Czyś niemowlę, czyś emeryt
po sto pompek, trzy i cztery,
My pompkami pokonamy słabość ciał!
Na knowania wrogich kół,
odpowiemy zwisem w dół,
Choćby nawet pot się z czół strumieniami lał!

Krąży gorszy od cholery
wirus grypy, trzy i cztery,
Krzywa zachorowań w górę wciąż się pnie,
Tylko silny szanse ma,
poświęcajcie więc co dnia
Chociaż parę chwil na na cieranie się!

Jeszcze kilka ćwiczeń jogi
podnosimy obie nogi,
Niech każdemu gimnastyka wejdzie w krew,
Dzisiaj nikt już nie zaprzeczy,
że od wódki i tych rzeczy
Znacznie zdrowszy oraz lepszy jest WF!

Nie rozpraszać się, nie gadać,
skupić siły na przysiadach,
Rześki uśmiech niech rozjaśni każdą twarz,
Gdy ubogi z ciebie człowiek,
to nacieraj się czymkolwiek,
Ale dbać o swoje zdrowie stale masz!

Wszelki opór nie ma sensu,
zaczynamy biegać w miejscu.
Taki bieg pomoże zwalczyć spleen i stress,
Nie ma tu wygrywających,
nie ma tu przegrywających,
Wszystkich uszczęśliwiający sport to jest!

Przełożył: Michał B. Jagiełło

Młot cisnąłem na kowadło

Młot cisnąłem na kowadło…
Włodzimierz Wysocki

Młot cisnąłem na kowadło,
bo za przekroczony plan
za granicę od zakładu
skierowanie dostać mam,
sadzę szybko zmyłem z ciała,
zjadłem zimne płotki dwie
i instrukcji wysłuchałem,
co tam wolno, a co nie.

Ichni poziom trochę wyższy
jest niż nasz,
więc by mi się nie przytrafił
jakiś szpas,
dał instruktor do czytania
broszur plik,
bym u obcych nie naraził
się na wstyd.

Mówił ze mną jak brat z bratem:
– Za granicą ty się strzeż,
strzeż się, bracie, demokratów
w polskim mieście Bangladeszt,
żyją tam na taką modłę,
że ci dęba stanie włos,
lecz zachowaj swoją godność
i pamiętaj, żeś ich gość.

Będą wódką cię częstować –
odpór daj:
?Ja, koledzy demokraci,
tylko czaj!”
Będą pchać prezenty w łapy –
unik zrób,
mów, że my takiego chłamu
mamy w bród.

W dobrobycie diet nie roztrwoń,
oszczędzanie – dobra rzecz,
tylko się z tej oszczędności
tam nie zagłodź – czasem jedz,
wiedz, że w czeskim Bukareszcie
obyczaje dziwne są:
raz usłyszysz: ?Pijcie, jedzcie!”,
kiedy indziej – ?Poszoł won!”

Oj, rozejrzę się ja tam wśród
babskich ciał!
Używanie męsko-damskie
będę miał!
Demokratka, mówił koleś,
co się zna,
jak usłyszy skąd ty jesteś –
darmo da…

– Burżuazja tylko czeka,
to jest woda na jej młyn,
trzymaj się od bab z daleka,
nie zaczynaj, bracie, z tym,
tam agentki wabią seksem,
lepiej spokój sobie daj,
w razie czego mów, że z seksem
już uporał się nasz kraj. „

Kiedy zetkniesz się tam z babą,
czujność zdwój:
włoży taka na ten przykład
męski strój,
niby nic, a może granat
w spodniach mieć:
nim odezwiesz się do kogoś –
sprawdzaj płeć!

Tutaj pytań miałem masę,
bo mnie wzięła kwestia ta:
jak to sprawdzać? Może macać?
A jeżeli w mordę da?
Lecz instruktor tylko bąknął:
– Żonę masz, to wiesz, jak jest.
Zrozumiałeś? To w porządku. –
I zasuwa dalej tekst.

?Zreferuję najważniejsze
jeszcze raz:
do Bułgarów w Budapeszcie
jechać masz.
Będzie problem – temat zmienić.
Grunt to takt.
W mordę nie bić. Wytłumaczyć
co i jak”. „

Po co mi te demokraty,
ani brat ja im, ni swat,
lepiej dajcie młot do łapy,
to przekonam cały świat;
jakiż ze mnie agitator,
ojciec kowal, kowal dziad…
Do Polaków w Ułan Bator
nie pojadę, niech ich szlag!

Leżę z żoną, spać się nie chce:
– Duśka, wiesz,
na cholerę mi ten cały
Bangladeszt?
Przecież ja się nie nadaję,
jestem głąb,
ja tych ichnich obyczajów
ani w ząb…

Duśka obok śpi jak anioł,
zakręciwszy na noc włos,
wreszcie głosem rozespanym
odpowiada: – Ja mam dość,
ty mnie, Kola, nie denerwuj,
ty rozwodu chyba chcesz,
od dwudziestu lat bez przerwy
słyszę tylko: „Duśka, wiesz…”

Obiecałeś – czego stawiasz
oczy w słup?
Że ceratę mi tam kupisz.
No to kup!
Zaoszczędzisz jakąś rupię
albo lir,
i przywieziesz swojej żonie
souvenir!

Obejmuję Duśkę moją,
w sen zapadam z ciężkim łbem,
śnię, że w kuźni kuję zbroję,
potem tarczę, miecz i hełm,
za granicą są stosunki,
od stosunków, tarczo, chroń!
A wąsate dwie Rumunki
wymierzały we mnie broń.

Śnił mi się cferaty zwój
koloru beż,
i rojący się od szpiegów
Bangladeszt,
oj, pomieszkam u Rumunów
parę dni!
Ponoć oni też z Powołża,
tak jak my…

Mają baby te sposoby –
ściska, pieści, roni łzy,
łata moją garderobę,
odprowadza aż do drzwi…
Żegnaj, kuźnio ukochana,
żegnaj mi na jakiś czas,
żegnaj, produkcyjny planie,
przekroczony planie nasz!

Strzemiennego żeśmy pili
aż po brzask,
jeszcze w drodze na lotnisko
trząsł mną kac,
ja do trapu, a tu z tyłu
głos jak bat:
– A cóż wam tak, towarzyszu,
spieszno w świat?

Przełożył: Michał B. Jagiełło

Rosyjskie kopuły

Rosyjskie kopuły
Włodzimierz Wysocki

Czego mi w tej trudnej chwili będzie trzeba?
Niczym błoto, wiatr się staje lepki, grząski.
Co usłyszę? Co zobaczę? Co zaśpiewam?
Ptak baśniowy mi proroczą śpiewa piosnkę.

To ptak Sirin coś radośnie nuci w locie,
Woła do mnie z dalekich swych gniazd.
To Alkonost ciągle dręczy mnie w tęsknocie,
Mojej duszy struny szarpiąc raz po raz.

Jak przedziwny losu znak,
Lśni księżyców siedmiu blask,
To Gamajun – wieszczy ptak –
Nadzieją karmi nas!

Krzyż z dzwonnicy ostrzem złotym przeszył chmury,
I zabrzmiały jak szalone dzwonów chóry,
Może szał, a może smutek śpiew ich wzmógł…
Czystym złotem się w Rosji pokrywa kopuły,
Żeby częściej dostrzegał je Bóg.

Oto stoję, niczym przed zagadką wieczną,
Przed ogromnym krajem, jakby z baśni rodem –
To spowitym śnieżną szatą, to słonecznym,
To ubogim, to płynącym mlekiem, miodem.

I choć koń się zachłysnął i parska,
Uwiązł w błocie, brakuje mu tchu,
Wciąż mnie wlecze przez senne mocarstwo,
Co nie może się wyrwać ze snu.

Jak tajemny losu znak,
Siedem strun zaczęło grać.
To Gamajun – wieszczy ptak –
W nadziei każe trwać!

Duszę ranną po tylu utratach i stratach,
Co bliznami obrosła przez lata,
Gdy zrozumiem, że smutek ją zmógł,
Zaceruję i nićmi złotymi załatam,
Żeby częściej dostrzegał mnie Bóg!

Przełożyła: Marlena Zimna

W górach

W górach
Włodzimierz Wysocki


Tu każdy swój szczyt odnajdzie wśród chmur,
kamienne potoki spływają tu z gór,
tu krok nieostrożny i już lecisz w przepaść jak głaz
i można niejeden obejść próg,
lecz nam się zachciewa trudnych dróg
jak marszu w pierwszej linii w wojny czas…

Kto z losem tu mógł za bary się brać
ten wie, co jest wart, ten wie, na co go stać,
bo choćbyś tam w dole odwagi miał w sobie za stu,
na dole tam nie znajdziesz, nie,
przez całe szczęśliwe życie swe
ni jednej dziesiątej tych trudów, tych cudów, co tu!

Wśród kwiatów i wstąg nie będą cię nieść,
z gładkości drwi nagrobnych rzeźb
ten kamień, co spokój wieczysty być może ci da
i tylko jak znicz, coświt, co świt
zapłonie dla ciebie w słońcu szczyt,
któregoś nie zdobył i który zwycięsko wciąż trwa.

I niech mówią i niech kraczą niech,
świat w marszu pożegnać mniejszy grzech,
niż sadłem sę w miękkim piernacie zadławić wśród snu,
a znajdą się i tak i tak
ci, którzy twój podejmą szlak
i dojdą do celu i w piersiach nie braknie im tchu.

A wisząc u pionowych ścian
na traf szczęśliwy nie licz tam,
prezentów od losu nie zyskasz tu ty, ni twój druh,
licz tylko na swe ręce dwie,
na dłoń przyjaciela i módl się,
by była łaskawa wam lina wiążąca was dwóch.

I stopnie rób i wytęż wzrok
i cofać nie próbuj się nawet o krok,
a w chwili zwycięstwa, gdy serce rozśpiewa się zbyt,
zachłyśnij się radością swą
nim zaczniesz zazdrościć temu, co
zaczyna marsz i niezdobyty przed sobą ma szczyt…

Przełożył: Wojciech Młynarski

Polowanie na wilki

Polowanie na wilki
Włodzimierz Wysocki

Biegnę naprzód, ze strachu półżywy,
Lecz historia powtarza się znów:
Otoczyli mnie znowu myśliwi,
Zaroiło się w lesie od psów.

Ustawili się w zwartym szeregu,
I z dwururek celują zza drzew,
Młode wilki krwią broczą na śniegu,
Wsiąka w ziemię spieniona ich krew.

Trwa polowanie, polowanie trwa bez końca
Na drapieżniki, co w rozpaczy szczerzą kły.
Krzyczą myśliwi, psy szczekają. W blasku słońca
Na białym śniegu lśnią czerwone ślady krwi.

Żadnych szans nam myśliwi nie dają,
Nieuczciwa nie peszy ich gra:
Chorągiewki czerwone wieszają,
Już od wieków zabawa ta trwa.

Wilk nie może przekroczyć granicy,
Bo czerwonych obawia się szmat,
Razem z mlekiem matczynym wilczycy
Mu na wieki wpojono ten strach.

Trwa polowanie, polowanie trwa bez końca
Na drapieżniki, co w rozpaczy szczerzą kły.
Krzyczą myśliwi, psy szczekają. W blasku słońca
Na białym śniegu lśnią czerwone ślady krwi.

Mamy ostre i kły i pazury,
Może stary odpowie mi wilk,
Czemu jednak boimy się kuli,
Czemu ludzki przeraża nas krzyk.

Wilk nie może postąpić inaczej,
I mój koniec przybliża się już,
Gdy myśliwy wśród drzew mnie zobaczył,
Bez wahania nacisnął na spust.

Trwa polowanie, polowanie trwa bez końca
Na drapieżniki, co w rozpaczy szczerzą kły.
Krzyczą myśliwi, psy szczekają. W blasku słońca
Na białym śniegu lśnią czerwone ślady krwi.

Nie na wiele nagonka się zdała,
Chociaż bałem czerwonych się szmat,
To przed siebie na oślep pognałem,
Tak jak więzień ucieka zza krat.

Biegnę naprzód, ze strachu półżywy,
Nie powtórzy historia się znów,
Otoczyli mnie znowu myśliwi,
Lecz nie udał się dzisiaj im łów!

Trwa polowanie, polowanie trwa bez końca
Na drapieżniki, co w rozpaczy szczerzą kły.
Krzyczą myśliwi, psy szczekają. W blasku słońca
Na białym śniegu lśnią czerwone ślady krwi.

Przełożyła: Marlena Zimna