Raz w Kazimierzu spotkałam malarza,
starszego pana z bruzdami na twarzy.
Chciał sprzedać pejzaż, tak wiernie oddany,
że tylko patrzeć i marzyć.

Więc pomyślałam- poproszę staruszka,
niech namaluje, przecież jest artystą.
Coś dla mnie, co mi w duszy radość utka.
I powiedziałam malarzowi wszystko.

Ref. Panie malarzu, namaluj mi obraz,
rzekę i dom, taki nieduży.
Za domem sad, albo ogród z malwami,
w którym odpocznę, gdy wrócę z podróży.
Na płocie garnki gliną pachnące,
i na podwórzu szczeniaki ze dwa.
A tłem niech będzie wschodzące słońce,
a w jego blasku On i ja.

Malarz posłuchał i odrzekł z uśmiechem-
oddać ci mogę jeno pędzle z farbami.
Choćbym się starał, chyba nie zdołam,
bo życie sobie malujemy sami.

Nie zrozumiałam tej prawdy od razu,
i pomyślałam- co to za artysta?
I tak wróciłam do domu, bez obrazu.
A dzisiaj wiem, że to prawda oczywista.

Ref. Panie malarzu, maluję obraz sama,
rzekę i dom, taki nieduży.
Za domem wielki ogród z malwami,
tam odpoczywa, gdy wracam z podróży.
Na płocie garnki gliną pachnące,
i na podwórzu szczeniaki są dwa.
A tłem jest co dzień wschodzące słońce,
a w jego blasku...


WYBIERZ AUTORA TEKSTÓW